Uznano, że nie nadaje się do małżeństwa.

 

Powoli skinął głową. „W takim razie znajdę sposób. Jeszcze nie wiem, jaki, ale znajdę.”

 

Zostawił mnie w bibliotece, z bijącym sercem, z nadzieją i strachem walczącymi w środku. Godzinę później wezwano Josiaha. Powiedziałem mu, co powiedział mój ojciec. Osunął się na krzesło, przytłoczony.

 

„On nie ma zamiaru mnie sprzedać. Nie ma zamiaru sprzedać ciebie. On nam pomoże”.

 

„Jak możemy Ci pomóc?”

 

Powiedział, że spróbuje znaleźć rozwiązanie.

 

Josiah przeczesał włosy dłońmi i zaszlochał. Jego głębokie, drżące łkanie było mieszaniną ulgi i niedowierzania. Mocno go przytuliłam, siedząc na wózku inwalidzkim, i trzymaliśmy się kruchej nadziei, że może jednak mój ojciec zdoła uczynić to, co niemożliwe, możliwym.

 

Ale nikt z nas nie mógł przewidzieć, co się stanie. Decyzja mojego ojca dwa miesiące później zmieniła nie tylko nasze życie, ale i całą historię.

 

Mój ojciec zastanawiał się przez dwa miesiące. Dwa miesiące, podczas których Josiah i ja żyliśmy w bolesnej niepewności, czekając na jego decyzję. Kontynuowaliśmy nasze codzienne zajęcia: pracę w kuźni, czytanie, rozmowy, ale wszystko wydawało się tymczasowe, zależne od rozwiązania, jakie miał na myśli mój ojciec.

 

Pod koniec lutego 1857 roku wezwał nas oboje do swojego gabinetu.

 

„Już podjąłem decyzję” – powiedział bez wstępu. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, ja na wózku inwalidzkim, a Josiah na jednym z dwóch krzeseł, trzymając się za ręce pomimo niestosowności sytuacji.

 

„To nie zadziała ani w Wirginii, ani nigdzie indziej na Południu” – zaczął mój ojciec. „Społeczeństwo tego nie zaakceptuje. Prawo wyraźnie tego zabrania. Jeśli zatrzymam tu Josiaha, nawet jeśli ogłoszę go waszym obrońcą, podejrzenia tylko wzrosną. Prędzej czy później ktoś to zbada i oboje będziecie zrujnowani”.

 

Krew mi zmroziła krew w żyłach. To wyglądało jak preludium do rozstania.

 

„W takim razie” – kontynuował – „zaproponuję ci alternatywę”. Spojrzał na Josiaha. „Josiah, zwolnię cię legalnie, formalnie, z dokumentami, które będą ważne w każdym sądzie na Północy”.

 

Nie mogłem oddychać.

 

„Elellaner, dam ci 50 000 dolarów, wystarczająco dużo, żebyś mogła zacząć nowe życie, a także zapewnię ci listy polecające do kontaktów abolicjonistów w Filadelfii, którzy pomogą ci się tam osiedlić”.

 

„Czy ty… czy ty go uwalniasz?”

 

„Tak. A co jeśli pojedziemy razem na północ?”

 

"TAK."

 

Jozjasz wydał z siebie dźwięk, coś w rodzaju szlochu, coś w rodzaju śmiechu. „Panie, nie… nie mogę”.

 

„Możesz. I zrobisz to”. Głos mojego ojca był stanowczy, ale nie okrutny. „Josiah, chroniłeś moją córkę lepiej niż jakikolwiek biały mężczyzna. Uszczęśliwiłeś ją. Dałeś jej pewność siebie i umiejętności, które myślałem, że straciła na zawsze. W zamian daję ci wolność i kobietę, którą kochasz”.

 

—Ojcze—wyszeptałam, a łzy spływały mi po twarzy—. Dziękuję.

 

„Nie dziękuj mi jeszcze. Nie będzie łatwo. W Filadelfii są społeczności abolicjonistyczne, które powitają cię z otwartymi ramionami, ale i tak spotkasz się z uprzedzeniami. Elellanar, jako biała kobieta, żona czarnego mężczyzny… Tak, mężatka. Załatwię ci legalny ślub, zanim wyjedziesz. Wielu cię ostracyzmuje. Będziesz musiała stawić czoła trudnościom ekonomicznym, społecznym, a może nawet fizycznym. Jesteś pewna, że ​​tego chcesz?”

 

„Bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej, w jakim kiedykolwiek byłem.”

 

„Jozjasz.”

 

Aby kontynuować czytanie, kliknij poniżej (DALEJ).

 

Głos Josiaha był pełen emocji. „Panie, poświęcę resztę życia, żeby Elellanar nigdy tego nie żałowała. Będę ją chronić, będę ją utrzymywać, będę ją kochać. Przysięgam”.

 

Mój ojciec skinął głową. „No to jedziemy dalej”.

 

Ale tego nam nie powiedział. Czegoś, co odkryliśmy znacznie później. Ta decyzja kosztowała go wszystko.

 

Następny tydzień był istną burzą. Mój ojciec współpracował z prawnikami, aby przygotować dokumenty, które miały uwolnić Josiaha, ogłaszając go wolnym człowiekiem, wolnym od wszelkiego majątku i z prawem do podróżowania bez zezwoleń i upoważnień. Zorganizował nasz ślub za pośrednictwem współczującego pastora z Richmond, który poprowadził ceremonię w małym kościele, w obecności tylko mojego ojca i dwóch świadków.