W czasach toteminovidy zwanych mnie znalezionym, a gdy 19 lat i trzy przypadki ujawnili moje kruche ciało i wydali werdykt, zaczęli im wierzyć. Nazywam się Thomas Bowmont Callahan. Mam 19 lat, a moje ciało zawsze było przestępstwem – zbiorem utworzonych w kościach i mięśniach, które nigdy nie zostały ukształtowane prawidłowo. urodzeniem się przedwcześnie w 1840 roku, dwa miesiące przed terminem, podczas jednego z najzimniejszych zimów, jakie Missisipi widziało od odebrane. Moja matka, Sarah Bowmont Callahan, niespodziewanie zaczęła rodzić podczas kolacji, mój ojciec jest myślący dla sędziów wizytujących i plantatorów. Położna, która jest jej główną, niewolnicą o administratora Mama Ruth, która jest odbierana pośrodku białych dzieci w przednich drzwiach, pokazana na mnie i pokręcona głową. „Sędzio Callahan” – powiedział mojemu ojcu – „to dziecko nie przeżyje nocy. Jest za małe. Ma płytki oddech. Ale moja matka, majacząca z gorączki i wyczerpania, nie zgodziła się przyjąć tej prognozy. „On przeżyje” – wyszeptała, tuląc moje maleńkie ciało do piersi. „Wiem, że przeżyje. Sygnał bicia jego serca. Jest słaby, ale walczy”. Miała rację. Przeżyłam tę pierwszą noc, następną i podstawową. Ale przetrwanie to nie to samo, co rozkwit. W jednym wieku uznałam zaledwie trzy kilogramy. W sześciu miesiącach pozostałe nie są wspólne dla własnych głów. W jednym roku, gdy inne dzieci są już trwałe, a niektóre stawiane przed nimi kroki, ja ledwo dostępne prosto. Lekarze, których mój ojciec sprowadził z Nachez, z Vixsburga, a nawet z tak odległych miejsc jak Nowy Orlean, wszyscy mówią do samo: przedwczesny poród zahamowany mój rozwój w sposób, który będzie miał wpływ na moje całe życie. Moja matka zmarła, gdy urodziła się 6 lat, zmarła zmarła febry, która przetoczyła się przez Missisipi w 1846 roku. Pamiętam, jak leżała w łóżku, jej skóra była barwiona przez stare pergaminu, a oczy były zażółcone i nieobecne. Za karę mnie do łóżka dzień przed śmiercią. „Thomas” – wyszeptała ledwo słyszalne znaczenie. „Przez całe życie podlega działaniu wyzwaniom. Ludzie będą cię ignorować. Śmierć następna ranka. A jej słowa w pełni poznam dopiero po latach. Mój ojciec, sędzia William Callahan, był człowiekiem pod każdym względem, w jakimkolwiek ja nie byłem. Mierzył 180 cm, miał szeroki szlak i głos, który jednym słowem mógł uciszyć całą salę sądową. Zbudował swoją fortunę od zera. Zaczynał jako biedny prawnik z Alabamy, wżenił się w skromną plantację rodziny Bowmont, a dzięki sprytnym inwestycjom i strategicznym nabytkom ziemi przekształcił te podstawowe 800 akrów w imperium technologii o powierzchni 8000 akrów.

"Ja wiem."

 

 

 

„Musiałem więc myśleć kreatywnie – bardzo kreatywnie – o rozwiązaniach, które… przekraczają granice konwencji”.

 

 

 

Coś w jego tonie mnie zaniepokoiło. „Co masz na myśli?”

 

 

 

Przestał chodzić i spojrzał mi prosto w oczy. „Oddaję cię Delilah”.

 

 

 

Spojrzałam na niego, pewna, że ​​źle usłyszałam. „Przepraszam. Co?”

 

 

 

„Delila, robotnica rolna. Oddaję ci ją jako towarzyszkę. Twoją żonę w praktyce”.

 

 

 

Słowa nie miały sensu. „Ojcze, nie możesz sugerować…”

 

 

 

„Nie sugeruję. Mówię ci, co się stanie”. Jego głos stał się teraz twardy. Ton, którym posługiwał się w sądzie, ogłaszając wyrok. „Żadna biała kobieta cię nie poślubi. To fakt niepodważalny. Ale linia Callahanów musi trwać. Plantacja potrzebuje spadkobierców, nawet jeśli ci spadkobiercy są niekonwencjonalni”.

 

 

 

Uderzyła mnie cała groza jego propozycji. „Chcesz, żebym… z niewolnicą? Ojcze, to… nawet gdybym mógł, a lekarze twierdzą, że nie mogę, to nie tak działa dziedziczenie. Dziecko zrodzone z niewolnicy nie byłoby twoim spadkobiercą. Byłoby twoją własnością”.

 

 

 

„Chyba że ich uwolnię. Chyba że legalnie ich adoptuję, chyba że bardzo starannie sporządzę testament, do czego jako sędzia i prawnik mam wyjątkowe kwalifikacje”.

 

 

 

„To jest szaleństwo.”

 

 

 

„To konieczne”. Usiadł ponownie, pochylając się do przodu. „Thomas, posłuchaj mnie. Przemyślałem to z każdej strony. Nie możesz mieć dzieci. Lekarze byli co do tego jednomyślni. Ale dzieci mogą być spłodzone w twoim imieniu. Delilah jest silna, zdrowa i inteligentna. Zaaranżuję jej skrzyżowanie z odpowiednim samcem z innej plantacji. Silny ród, sprawdzona płodność, dobre fizyczne okazy. Dzieci, które urodzi, będą prawnie moje dzięki dokumentacji, którą sporządzę. Kiedy umrę, zapiszę je tobie wraz z dokumentami, które je uwolnią i ustanowią twoimi adoptowanymi spadkobiercami. Odziedziczą wszystko”.

 

 

 

„Mówisz o hodowli ludzi jak bydła.”

 

 

 

„Mówię o zapewnieniu kontynuacji istnienia tej rodziny i tej plantacji. Czy to niekonwencjonalne? Tak. Czy jest to skomplikowane prawnie? Zdecydowanie. Ale jest to możliwe i rozwiązuje nasz problem”.

 

 

 

„To nie mój problem”. Wstałem, a moje ręce trzęsły się bardziej niż zwykle. „Ojcze, to, co opisujesz, jest złe. Chcesz wykorzystać ciało kobiety bez jej zgody, by spłodzić dzieci, którymi za pomocą fikcji prawnych zmanipulujesz, by stały się spadkobiercami. Traktujesz ludzi jak materiał rozrodczy, jak zwierzęta”.

 

 

 

„W oczach prawa to zwierzęta”. Jego głos podniósł się, by dorównać mojemu. „Thomas, rozumiem, że czytałeś te książki o abolicjonizmie. Tak, wiem o nich. Nie jestem ślepy. Napełniłeś sobie głowę sentymentalnymi bzdurami o człowieczeństwie niewolników, ale rzeczywistość prawna jest taka, że ​​są oni własnością. Jestem właścicielem Delilah tak samo, jak tego domu czy krzesła. I postanawiam wykorzystać ją w sposób, który rozwiąże problem”.

 

 

 

„A co o tym sądzi Dalila?”

 

„Zrobi, co jej każą. Jest twoją własnością, Thomas. Jej zdanie jest nieistotne”.

 

 

 

Coś we mnie pękło. Całe życie podporządkowywałem się autorytetowi ojca, akceptowałem jego decyzje, starałem się zrekompensować to, że byłem rozczarowującym synem, ale to było już za wiele.

 

 

 

"NIE."

 

 

 

Słowo wypowiedział cicho, ale stanowczo. Mój ojciec zamrugał. „Co powiedziałeś?”

 

 

 

Powiedziałem: „Nie”. Nie będę w tym uczestniczył. Jeśli chcesz wdrożyć ten obsceniczny schemat rozrodczy, zrobisz to bez mojego udziału i współpracy.

 

 

 

„Ty niewdzięczny…” Wstał, a jego twarz poczerwieniała. „Czy masz pojęcie, ile dla ciebie poświęciłem? Szanse, które straciłem, bo musiałem skupić się na szukaniu rozwiązań dla mojego ułomnego syna. Towarzyski wstyd z powodu posiadania następcy, który nie potrafi wykonywać tej jednej podstawowej funkcji, jaka mu się narzuca”.

 

 

 

„Nie prosiłem się, żeby się taki urodzić, i nie prosiłem o syna, który zakończy linię rodową”. Rzucił szklanką, która roztrzaskała się o kominek. „Próbuję znaleźć rozwiązanie, a ty rzucasz mi je w twarz, kierując się jakąś błędną wyższością moralną, którą wyniosłeś z propagandy abolicjonistycznej”.

 

 

 

„To nie propaganda, że ​​ludzi nie należy hodować jak zwierzęta. Ojcze, jeśli nie dostrzegasz zła w tym, co proponujesz…”