"Uderzyłeś się w głowę?"
"NIE."
"Twój nadgarstek?"
"NIE."
"Biodro?"
„Jeśli to pomoże, zraniłem swoją dumę”.
„To nic nie da.”
Westchnęła cicho.
„Wniosłem konewkę do środka. Trawa przy kranie była śliska. Usiadłem mocniej, niż chciałem. To wszystko.”
„To nie wszystko.”
"Nic mi nie jest."
„Nie wiesz.”
„Byłem tam.”
Zamknąłem oczy.
W sali konferencyjnej za szkłem ludzie wskazywali na wykresy, jakby liczby były jedyną ważną rzeczą w całym budynku.
"Zaraz tam będę."
„Nie, jesteś w pracy.”
"Nie jestem zainteresowany."
„Nie chcę, żebyś biegł aż tutaj, bo miałem walkę z ziemią”.
Ta rzecz prawie mnie rozśmieszyła.
Prawie.
„Usiądź” – powiedziałem. „Nie ruszaj się. Będę za dwadzieścia sekund”.
„Jest ich trzydziestu.”
"Wiatry."
Rozłączyłem się i wróciłem do sali konferencyjnej akurat po to, by powiedzieć, że mam pilną sprawę rodzinną.
Brak szczegółów.
Żadnych wymówek.
Właśnie wyszedłem.
Kiedy przybyłem, siedziała w fotelu, a po jej lewej stronie leżała torebka mrożonego groszku owinięta w ściereczkę kuchenną.
Wyglądała na zawstydzoną.
Na tyle zdrowe, że można się irytować.
Wystarczająco słabe, żeby mnie przestraszyć.
Oba naraz.
„Widzisz?” powiedziała, gdy tylko weszłam. „Żyje.”
Przykucnąłem przed nią.
"Zemdlałeś?"
"NIE."
"Czy czujesz zawroty głowy?"
"NIE."
"Spróbować czegoś?"
"NIE."
„To dlaczego upadłeś?”
Wtedy odwrócił wzrok.
Nie w sposób dramatyczny.
Tyle ile potrzeba.
Wiedziałem o tym jeszcze zanim odpowiedziała.