Posprzątaj w kuchni po mojej mamie! — rozkazał mąż, Stała i nagle poczuła jasno: dziś nie zacznie niczego. Za plecami usłyszała kroki. — No i? — Léonard stanął tuż za jej ramieniem. — Zdecydowałaś się tylko patrzeć? Czy czekasz, aż samo zniknie? Camille powoli się odwróciła. W jej spojrzeniu nie było ani zwykłego rozdrażnienia, ani zmęczonej zgody. Było coś innego — równego, chłodnego, prawie przezroczystego. — Nie — powiedziała cicho. — Nie będę sprzątać. Mrugnął. — Co to znaczy „nie będę”?

— Klucze zostawię na szafce. Masz tydzień. — Pożałujesz — powiedziała ostro Eveline. — Sama sobie nie poradzisz. Camille spojrzała na nią spokojnie. — Już sobie radziłam. Zanim poznałam pani syna. Otworzyła drzwi. Powietrze na klatce schodowej wydało się zimne i świeże. Po raz pierwszy od dawna — lekkie. Za jej plecami nikt nie krzyknął. Nie zatrzymał jej. Nie poprosił, żeby została. Drzwi cicho się zamknęły. W mieszkaniu zostały nieumyte naczynia, zapach oleju i dwoje ludzi, którzy dopiero teraz zrozumieli, że stracili coś, co uważali za oczywiste. A Camille zeszła po schodach — nie szybko i nie wolno, tylko dokładnie tak, jak schodzi się tam, gdzie wreszcie zaczyna się własne życie.