Maria otworzyła oczy bardzo powoli, jakby każda sekunda kosztowała ją więcej, niż miała do oddania. Oddech rwał się i skrzypiał w piersi, a ciało stało się obce — ciężkie, nieposłuszne, jak pusta skorupa. Choroba zabierała ją po kawałku, a świadomość raz po raz odpływała w szarą mgłę.
I właśnie w tej mgle zaczęły przesuwać się obrazy: dziewczęce lata na rozświetlonym słońcem szkolnym podwórku, pierwsze nieporadne bochenki wyciągane z pieca w zakładzie, duma mieszająca się z zapachem ciepłego chleba. Potem ślub — Aleksiej w nowym mundurze kursanta, uśmiech pełen planów. Narodziny Anny, pierwszej córeczki, przyniosły szczęście tak czyste, że aż bolało.
A później świat się odmienił. Miasto, które kochała, skuliło się w zimnie i strachu. Rodziców straciła nagle — w jednej chwili, gdy dom przestał być domem. I była też ona… ta druga, maleńka, którą Maria oddała, by miała szansę przeżyć. Na tę myśl serce ścisnęło jej się mocniej niż od bólu ciała. Nie, jeszcze nie teraz.
„Znajdź ją… Ma znamie… Pamiętam.”
Rozdział 1. Grudniowy chłód 1941 roku
Leningrad, grudzień 1941. Miasto dusiło się w lodowatym uścisku oblężenia. W komunalnym mieszkaniu na Wyspie Wasylewskiej, w pokoju z wybitymi szybami zastąpionymi płytami sklejki, Maria siedziała skulona, przyciskając do siebie trzyletnią Annę. Drugą dłonią bezwiednie osłaniała duży brzuch. Każdy odległy huk rozchodził się po jej ciele jak fala — nie tylko w uszach, ale głębiej, w samym środku strachu o dzieci.
W małej „kozie” tliło się marne ciepło. Dawno temu poszły do piecyka krzesła, a nawet część półek — wszystko, co dało się spalić. Maria wiedziała, że nie może wyjechać. Pracowała w piekarni, była potrzebna na miejscu. Musiała wypiekać chleb dla innych, nawet gdy własny dom zbliżał się do granicy głodu.