Zaszłam w ciążę, gdy byłam w dziesiątej klasie.
W chwili, gdy zobaczyłem te dwie linie, moje ręce zaczęły drżeć. Byłem przerażony — tak przerażony, że ledwo mogłem stać na nogach. Zanim zdążyłem pomyśleć, co robić, wszystko runęło naraz.
Moi rodzice patrzyli na mnie z zimną pogardą.
"To hańba dla tej rodziny," powiedział mój ojciec. "Od dziś nie jesteś już naszym dzieckiem."
Jego słowa uderzyły mocniej niż jakikolwiek policzek.
Tej nocy deszcz padał nieustannie. Mama wyrzuciła mój podarty plecak za drzwi i popchnęła mnie na ulicę. Nie miałem pieniędzy. Brak schronienia. Nie ma dokąd pójść.
Trzymając się za brzuch, przełykając ból, odszedłem od miejsca, które kiedyś było najbezpieczniejszym miejscem w moim życiu—nie oglądając się za siebie.
Urodziłam córkę w ciasnym, wynajętym pokoju o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych. Było biedne, duszące, pełne szeptów i osądów. Wychowałem ją z całych sił. Gdy skończyła dwa lata, opuściłem moją prowincję i zabrałem ją do Sajgonu. W ciągu dnia pracowałam jako kelnerka; nocą studiowałem kurs zawodowy.