Obawiając się o życie młodej kobiety, Sarah May owinęła się peleryną i podążyła za tłumem maszerującym w kierunku opuszczonego, zrujnowanego domku na skraju lasu. To, czego była świadkiem, nie było spontanicznym wybuchem publicznego oburzenia, lecz celowym, sankcjonowanym przez państwo aktem terroryzmu. Tłum rzucał kamieniami i szklanymi butelkami w okna, krzycząc groźby śmierci pod adresem przerażonej kobiety, która schroniła się w środku. Szeryf Coleman nie tylko pozwolił na przemoc, ale ją zaaranżował, stojąc z boku z wyrazem zimnej, ponurej satysfakcji.
Kiedy tłum w końcu się rozproszył, opuszczając zrujnowany domek, Sarah May wyłoniła się z cienia. Spodziewała się ujrzeć zatwardziałą, okrutną uwodzicielkę. Zamiast tego ujrzała kruchą, złamaną dziewczynę. Cordelia Thorne trzęsła się gwałtownie, ściskając kuchenny nóż w desperackiej, daremnej próbie samoobrony. Jej ubranie było podarte, twarz oszpecona świeżymi siniakami, a w oczach malowała się udręczona, zszokowana pustka, którą Sarah May rozpoznała natychmiast. To było to samo spojrzenie, jakie miał jej ojciec w ostatnich miesiącach życia: spojrzenie kogoś przygniecionego ciężarem systemowej niesprawiedliwości, której nie była w stanie powstrzymać.
W migoczącym blasku świecy obie kobiety rozpoznały się. Cordelia pamiętała Sarah May ze szkółki niedzielnej, z czasów, zanim rozpoczął się koszmar, zanim miasto uznało ją za narzeczoną diabła. Sama bezbronność Cordelii rozwiała wszelkie plotki, które Sarah May słyszała w pociągu. Nie była czarną wdową; była ofiarą.