Mojej matce trzeba było pomóc, żeby się zestarzeć, ale nie żeby zniknąć ze swojego życia.

W środę wieczorem Lena zastała mnie w garażu, udającego, że porządkuję narzędzia.

 

„Musisz z nią porozmawiać.”

 

„On nie chce ze mną rozmawiać.”

 

„Może nie chcieć, żebyś nią zarządzał. To nie to samo”.

 

Odłożyłem klucz do szuflady, z której go wziąłem.

 

"Myślisz, że nie wiem?"

 

„Uważam, że wiedzieć coś i zachowywać się tak, jakbyś to wiedział, to dwie różne rzeczy.”

 

Kiedyś śmiałem się bez humoru.

 

„Upadła, Lena.”

 

"Ja wiem."

 

„Ona jest sama.”

 

"Ja wiem."

 

„Co mam zrobić? Szanować go?”

 

„Nie” – powiedziała. „Powinieneś pamiętać, że ona nadal jest człowiekiem, nawet jeśli próbujesz ją chronić”.

 

Oparłem się o stół warsztatowy.

 

„Wszyscy to powtarzają, jakbym celowo robiła to źle”.

 

„Nie” – powiedziała Lena łagodniejszym głosem. „Tracisz coś, bo się boisz”.

 

Miał rację.

 

Strach uczynił mnie niezdarnym.

 

Nie obojętny.

 

Nie jest zimno.

 

Niezdarny.

 

A są szkody wyrządzone przez nieudolną miłość, które nie pozostawiają widocznych siniaków.

 

Następnego popołudnia wyszedłem wcześniej z pracy i pojechałem do domu mojej matki, nic jej nie mówiąc.

 

Ganek był pusty.

 

Zasłony były uchylone.