„Moja żona! Ona... spadła ze schodów!” krzyknął, zataczając się i trzymając w ramionach bezwładną kobietę.
Nazywał się, jak wkrótce odkryła pielęgniarka odpowiedzialna za recepcję, Derek Vaughn. Trzydzieści pięć lat. Atletyczna budowa ciała. Zadbany, a jednocześnie wystudiowany wygląd. Głos drżał mu we wszystkich właściwych miejscach, oddech był ciężki, a twarz zaczerwieniona. Wyglądał jak obraz męża w szponach paniki.